Człowiek orkiestra

Człowiek renesansu, to takie piękne, obiegowe określenie na personę, która śpiewa, tańczy, recytuje… albo – jak pierwowzór toposu, Leonardo da Vinci: maluje obrazy, rzeźbi, projektuje, zakrzywia czasoprzestrzeń i wychodzi poza swoją epokę.  Człowiek renesansu to ktoś wyjątkowy, kto wykorzystuje wszystkie niebanalne uzdolnienia, działa na wielu polach i robi to z powalającą skutecznością.

Wszystko fajnie, ale jak nazwać człowieka, który zrewolucjonizował sztukę, wykreował nowy styl, stał się ikoną popkultury, malował, tworzył obrazy nowoczesne , grafiki, fotografował, pisał scenariusze, reżyserował filmy i… całował się z Salvatore Dalim? Człowiek renesansu to chyba w tym wypadku ciut mało.

 

Andy Warhol – bo o nim mowa – na zawsze zmienił sposób postrzegania sztuki. Sztuki, która dzięki jego pracom, z impetem weszła pod strzechy domów nawet tych osób, dla których nowoczesne obrazy to najczarniejsza magia i pole działania skrajnie obce. Bo któż z nas nie kojarzy  odrealnionych, multikolorowych portretów Marylin Monroe czy sitodruków, przedstawiających „zwykłe – niezwykłe” produkty konsumpcyjne, takie jak puszki zupy pomidorowej Campbella czy butelki Coca – Coli? Jakby się dobrze rozejrzeć, to wyjdzie na to, że w mieszkaniu prawie każdego Smitha czy Kowalskiego jest trochę Warhola. Czy to jakiś inspirowany pop – artem obraz, mebel, kolorowe akcesoria kuchenne, a może „przewrotowa” koszulka z modnym, wielobarwnym nadrukiem na podstawie zdjęcia Ernesto „Che” Guevary z 1960 roku -  przerobionego zmyślnie przez Warhola.

 

Warhol – syn czechosłowackich imigrantów, z wykształcenia historyk sztuki, z zamiłowania – artysta i hedonista, wdarł się przebojem w popkulturę, która (ze wzajemnością) pokochała jego talent i specyficzne pojmowanie sztuki przez pryzmat jej użyteczności. Przez wielbicieli nazywany geniuszem, przez cynicznych krytyków – papieżem pop – artu. Dziwaczny facecik o niezmiennie gołębich włosach okrzyknięty został jednogłośnie jednym z najbardziej kontrowersyjnych artystów XX wieku. Ale obrazy, scenariusze, występy w filmach – choćby epizodyczna rólka w kultowym, amerykańskim tasiemcu „Statek Miłości” – to tylko skromna, składowa część Warhola. Na Jego całość składają się wspomnienia, konotacje, znajomości, życie seksualne i skrajne, często wykluczające się poglądy. To wszystko– czasem z premedytacją, czasem na zasadzie doboru losowego wypełniacza przestrzeni – wieszamy na ścianach naszych kuchni, sypialni i salonów, bo jest modne i nadaje ciekawego kolorytu wnętrzom. Tym samym – nie dość, że podsycamy mit artysty i popularyzujemy jego prace, to jeszcze – w formie efektu ubocznego – kultywujemy jego filozofię sztuki użytkowej.